Macierzyństwo wykształciło u mnie pewne nowe umiejętności. Np. podnoszenie rzeczy z podłogi za pomocą stopy (bo na rękach siedzi mały prezes). Można powiedzieć, że to akurat nowa-stara umiejętność, taki powrót do korzeni, kiedy to homo sapiens nie był jeszcze homo sapiens. Naprawdę jestem już niezła w tym chwytaniu rzeczy palcami stóp, aż mnie to nieraz samą zaskakuje. Że już nie wspomnę o ludziach, którym zdarza się to widzieć. Nieźle też posługuję się jedną ręką (bo na drugiej siedzi mały prezes). Rano za pomocą tejże jednej ręki przygotowuję nam śniadanie- odmierzam jaglankę do szklanki, płuczę ją, kroję i dodaję suszone morele, wstawiam na gaz. Leję wodę do czajnika, wstawiam go na gaz, sypię do kubka pokrzywę z dziką różą. Niestety nie opanowałam jeszcze sztuki krojenia owoców, to jednak zbyt ryzykowne przy dziecku, które potrafi nagle przechwycić to, co akurat mam w ręku (próbowałam). Później tą jedną ręką przygotowuję ubranka na dziś, rozkładam ręcznik na przewijaku, przynoszę miskę i stawiam na taboret. Jeśli prezes wstał w kiepskim humorze, nieraz i wodę noszę do niej za pomocą jednej ręki. Gdybym była bardziej elastyczna, to kto wie, może i bym ją trzymała w stopie. Jednak macierzyństwo do aż takiej zręczności jeszcze mnie nie doprowadziło. No, ale wszystko przede mną. Odkurzam jedną ręką (bo na drugiej siedzi mały prezes). Osiągam wyżyny moich możliwości aktorskich, kiedy czytam młodemu książeczki. Naprawdę jestem w tym niezła. Może minęłam się z powołaniem. Albo tylko mi się wydaje, że jestem w tym niezła, bo oprócz młodego nikt tego nie słyszy;) Rozwijam również swój zasób niecenzuralnych słów, kiedy frustracja zjada mnie całą, od głowy do stóp.

 Trzeba też przyznać, że trochę się uwsteczniam. Kiedyś Anna Mucha wygłosiła ponoć mniej więcej taki tekst, że matki mają w głowach kaszki i pieluchy zamiast mózgu. Oburzenie było wielkie, ale ja w tym tekście widzę metaforę pierwszego okresu macierzyństwa. Podejrzewam, że jakieś resztki mózgu w mojej głowie zostały, takie niezbędne minimum do zapewnienia dziecku podstawowej opieki, ale nie za wiele. Próbuję podczytywać „Angorę”, żeby z grubsza wiedzieć, co się dzieje na świecie, ale po tym, co tam wyczytuję, zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby trwać w błogiej nieświadomości. Próbuję czytać książki, ale teraz jak się uda przeczytać jedną na miesiąc to jest sukces (przed dzieckiem bywało 10 na miesiąc). Czas już też pomyśleć o opiekunce, bo coraz trudniej mi pracować przy tym małym wszędobylskim młodym człowieku. Kiedy w końcu zaśnie to nie wiem, czy mam zrobić obiad, rozwiesić pranie, sprzątać, zjeść coś, czy pracować. Jeśli robota jest pilna, to pracuję. Mam wrażenie, że jestem w ciągłym niedoczasie. Każdy dzień staram się z grubsza zaplanować dzień wcześniej. Zdarzają się takie dni, że nic się nie udaje. Nie wiem, jak to się dzieje, ale np. nie udaje mi się zrobić prania. Kiedy sobie to uświadamiam wieczorem (dziś też tak było) to szlag mnie trafia i zżera złość na samą siebie. Ostatecznie nie muszę tego prania trzeć na tarce, muszę je tylko wrzucić do pralki i wlać płyn! Jak to się mogło stać, że ZNOWU tego nie zrobiłam…?!?!

Teraz mnie czeka pięć dni szkoły przetrwania jako samotna matka. Moja rodzicielka wyjechała do siostry, a ja przyjechałam z młodym i psicą, żeby zająć się jej kotką. Nie udało mi się zorganizować jakiejś opiekunki, a mam do zrobienia zlecenie do końca września. Ale dam radę, dam radę! wstawię w końcu to pranie i w ogóle będę super-ekstra-mega zorganizowana.  Taaaa…. To będzie prawdziwy hardcore;)