Nowe supermoce

Macierzyństwo wykształciło u mnie pewne nowe umiejętności. Np. podnoszenie rzeczy z podłogi za pomocą stopy (bo na rękach siedzi mały prezes). Można powiedzieć, że to akurat nowa-stara umiejętność, taki powrót do korzeni, kiedy to homo sapiens nie był jeszcze homo sapiens. Naprawdę jestem już niezła w tym chwytaniu rzeczy palcami stóp, aż mnie to nieraz samą zaskakuje. Że już nie wspomnę o ludziach, którym zdarza się to widzieć. Nieźle też posługuję się jedną ręką (bo na drugiej siedzi mały prezes). Rano za pomocą tejże jednej ręki przygotowuję nam śniadanie- odmierzam jaglankę do szklanki, płuczę ją, kroję i dodaję suszone morele, wstawiam na gaz. Leję wodę do czajnika, wstawiam go na gaz, sypię do kubka pokrzywę z dziką różą. Niestety nie opanowałam jeszcze sztuki krojenia owoców, to jednak zbyt ryzykowne przy dziecku, które potrafi nagle przechwycić to, co akurat mam w ręku (próbowałam). Później tą jedną ręką przygotowuję ubranka na dziś, rozkładam ręcznik na przewijaku, przynoszę miskę i stawiam na taboret. Jeśli prezes wstał w kiepskim humorze, nieraz i wodę noszę do niej za pomocą jednej ręki. Gdybym była bardziej elastyczna, to kto wie, może i bym ją trzymała w stopie. Jednak macierzyństwo do aż takiej zręczności jeszcze mnie nie doprowadziło. No, ale wszystko przede mną. Odkurzam jedną ręką (bo na drugiej siedzi mały prezes). Osiągam wyżyny moich możliwości aktorskich, kiedy czytam młodemu książeczki. Naprawdę jestem w tym niezła. Może minęłam się z powołaniem. Albo tylko mi się wydaje, że jestem w tym niezła, bo oprócz młodego nikt tego nie słyszy;) Rozwijam również swój zasób niecenzuralnych słów, kiedy frustracja zjada mnie całą, od głowy do stóp.

 Trzeba też przyznać, że trochę się uwsteczniam. Kiedyś Anna Mucha wygłosiła ponoć mniej więcej taki tekst, że matki mają w głowach kaszki i pieluchy zamiast mózgu. Oburzenie było wielkie, ale ja w tym tekście widzę metaforę pierwszego okresu macierzyństwa. Podejrzewam, że jakieś resztki mózgu w mojej głowie zostały, takie niezbędne minimum do zapewnienia dziecku podstawowej opieki, ale nie za wiele. Próbuję podczytywać „Angorę”, żeby z grubsza wiedzieć, co się dzieje na świecie, ale po tym, co tam wyczytuję, zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby trwać w błogiej nieświadomości. Próbuję czytać książki, ale teraz jak się uda przeczytać jedną na miesiąc to jest sukces (przed dzieckiem bywało 10 na miesiąc). Czas już też pomyśleć o opiekunce, bo coraz trudniej mi pracować przy tym małym wszędobylskim młodym człowieku. Kiedy w końcu zaśnie to nie wiem, czy mam zrobić obiad, rozwiesić pranie, sprzątać, zjeść coś, czy pracować. Jeśli robota jest pilna, to pracuję. Mam wrażenie, że jestem w ciągłym niedoczasie. Każdy dzień staram się z grubsza zaplanować dzień wcześniej. Zdarzają się takie dni, że nic się nie udaje. Nie wiem, jak to się dzieje, ale np. nie udaje mi się zrobić prania. Kiedy sobie to uświadamiam wieczorem (dziś też tak było) to szlag mnie trafia i zżera złość na samą siebie. Ostatecznie nie muszę tego prania trzeć na tarce, muszę je tylko wrzucić do pralki i wlać płyn! Jak to się mogło stać, że ZNOWU tego nie zrobiłam…?!?!

Teraz mnie czeka pięć dni szkoły przetrwania jako samotna matka. Moja rodzicielka wyjechała do siostry, a ja przyjechałam z młodym i psicą, żeby zająć się jej kotką. Nie udało mi się zorganizować jakiejś opiekunki, a mam do zrobienia zlecenie do końca września. Ale dam radę, dam radę! wstawię w końcu to pranie i w ogóle będę super-ekstra-mega zorganizowana.  Taaaa…. To będzie prawdziwy hardcore;)

Ostatni rok na tym blogu odpowiada na pytanie, jak narodziny dziecka zmieniają życie kobiety. Blog zamarł. Nie było mnie. Nie było ciebie. Ja urodziłam pierwsze dziecko, ty budujesz pierwszy dom.

 Poród był traumą. Wypieram go z pamięci do tej pory. Powiem tylko, że po kilkunastu godzinach męki skończył się cesarskim cięciem. Żaden z lekarzy nie zauważył, że dziecko było tak zaplątane w pępowinę, że nie miało szans urodzić się naturalnie. To było jedno z najmroczniejszych doświadczeń w moim życiu. Wszystko poszło nie tak. Teraz, po roku, pamiętam cały czas niewyobrażalny ból, który sprawiał, że wyłam, po prostu wyłam, brak należytej opieki i wsparcia ze strony personelu medycznego, odarcie ze wszelkiej godności. Kiedy po kilkunastu godzinach w końcu znalazł się lekarz, który zdecydował o konieczności cesarskiego cięcia („z powodu zagrożenia życia płodu”), bardzo szybko trafiłam na stół operacyjny. Byłam wycieńczona z bólu, wysiłku i braku snu. Wokół mnie kłębiły się postacie w niebieskich kitlach, czapkach i maskach, czułam się, jakby mnie porwało ufo. Płakałam, bo tak bardzo chciałam urodzić naturalnie. Chciałam od razu przytulić dziecko, skórą do skóry. Myślałam, że to moja wina. Że nie umiałam przeć (bo nie mogłam, tydzień przed porodem nie byłam już w stanie chodzić z powodu bólu krzyża, teraz przy każdym skurczu ból dosłownie mnie nokautował i zamiast oddychać, zatrzymywałam oddech), że przez to były zaniki tętna. Że byłam za słaba. Czułam, że zawiodłam. Doskonale pamiętam moment, kiedy wyjęli dziecko z brzucha. To wyszarpywanie. I cichutkie kwilenie. Mój syn.

 Pierwszy miesiąc pamiętam jak przez mgłę. Prawie nie było dnia, żebym nie płakała, że się do tego nie nadaję. Słynne uczucia macierzyńskie były, oczywiście, ale nie tak silne, jak się nieraz o nich czytało czy słyszało. Były problemy z karmieniem piersią. Nie mogłam się odnaleźć w nowej sytuacji. Miałam wrażenie, że mały ciągle płacze. Przez jakiś czas ból w krzyżu cały czas trzymał się mnie tak, że myślałam, że już nigdy nie będę mogła normalnie chodzić. Od początku byłam zdecydowana na wspólne spanie z dzieckiem. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym odłożyć go do łóżeczka. Wszystkie ssaki śpią ze swoimi młodymi. To nie tylko wygodne (nie trzeba wstawać i za bardzo się wybudzać do karmienia), ale przede wszystkim bardzo potrzebne dla tej małej istoty. Mama cały czas jest z nim. Ogrzewałam go swoim ciałem i oddechem. Więź między nami się umacniała.

 Następne miesiące były coraz lepsze. Wszyscy mówili- najgorszy jest pierwszy miesiąc. Potem- najgorsze są pierwsze trzy miesiące. Pół roku. Pierwszy rok. Pierwsze trzy lata. Teraz myślę, że każdy miesiąc był inny. I dobry na swój sposób. Teraz to wiem, bo mogę już popatrzeć na nie z dystansu. W drugim miesiącu zaczęłam karmić wyłącznie piersią. Musiałam również zacząć pracować, bo nie mogłam sobie pozwolić na wypadnięcie z obiegu. Na szczęście mam taki zawód, że nie musiałam nikomu oddawać syna pod opiekę. Bardzo pomogła mi moja mama. I wiele znajomych kobiet, które mi doradzały. Każdy dzień wiązał mnie coraz silniej z synem, który stał się moim centrum. Teraz poraża mnie siła i głębia miłości do niego. Muszę się pilnować, żebym go nią nie przytłoczyła. Jestem z natury trochę histeryczna i nadopiekuńcza, więc cały czas nęka mnie lęk, że czegoś nie dopilnuję, że coś przegapię, że COŚ się stanie. Nadal sprawdzam, czy oddycha, kiedy śpi. Oprócz miłości jest radość, ogromna radość i poczucie szczęścia, że on jest. Wystarczy, że na niego spojrzę.

 Wszystko jest mu podporządkowane. Wszystko się przez niego zmieniło. Ale to są dobre zmiany. Ja się z każdym dniem zmieniam. Rzeczywiście coś w człowieku dojrzewa. Czuje się pełnię. Ani razu nie przespałam ciągiem żadnej nocy. Nie mam czasu na czytanie. Nie mam czasu na pisanie. Na pracę. Na realizację swoich projektów (a pomysłów mam teraz mnóstwo). Ba, czasem nie mam kiedy pójść do toalety. Ale nie żałuję ani jednej sekundy, którą spędzam z tym dzieckiem. Nawet kiedy w nocy krążę po pokoju nosząc go na rękach;) Pomału zaczynam więcej myśleć o sobie. Dopiero prawie po roku zrobiłam sobie badania krwi. Co prawda fryzjer, kosmetyczka i dentysta nadal pozostają w sferze planów, ale jestem już na dobrej drodze, żeby w końcu wdrożyć je w życie;)

Związek z ojcem dziecka legł w gruzach na kilka miesięcy. Kryzysy były już wcześniej, ale po narodzinach zrobiło się już w ogóle fatalnie. Nie powinno się decydować na dziecko, jeśli związek nie jest zbyt pewny. Dziecko nie wiąże, ale wystawia go na próbę. Nasz tej próby nie zniósł. Teraz próbujemy coś odbudować, ale… Zobaczymy, co będzie dalej.

 

 

Uwielbiam takie teksty mężczyzn :evil: Ja jeszcze słyszę od swojego pana porównania typu: a taka czy śmaka, to w 8 miesiącu chodziła po górach. A inna to bez problemu pracowała do ostatniego dnia. A ja to taka delikatna księżniczka. I nie pomogło nawet tłumaczenie znajomej, że pierwszej ciąży prawie nie odczuła,  śmigała po górach z ciężkim plecakiem i dziwiła się kobietom, które w ciąży zachowują się jak księżniczki. Za to druga ciąża, o, ta to już była zupełnie inna. Tak więc jak widać- każda ciąża jest inna. Nawet u tej samej kobiety. A prawda jest taka, że przypadłości ciążowe, jeśli przytrafiają się nieciężarnym są objawami chorób albo jakichś dysfunkcji organizmu.

Ale ja nie chciałam dziś już rozwodzić się na temat ciąży, ale na temat wychowania i tej słynnej odpowiedzialności, jaka na nas- rodzicach- spoczywa. Dobrze wiem z własnego dzieciństwa, jaką ważną rolę odgrywają rodzice w rozwoju dziecka. Mój ojciec zupełnie nie nadawał się na ojca, na tę tzw. głowę rodziny. To go zupełnie przerosło. W efekcie cały ciężar odpowiedzialność spadł na moją mamę. Moje dzieciństwo trudno nazwać typowym, ale też i przesadnie nie odbiegało od normy. Rodzice- co prawda artyści, ale mieszkaliśmy w bloku, po części więc wychowało mnie podwórko, na którym spędzałam całe dnie. Było wesoło, było dużo zabaw, ciągły ruch. A jednak najsilniejszy ślad odcisnęły na mnie problemy z moim ojcem. Do tej pory się z tym zmagam i staram od tego wyzwolić. Wszystko to sprawia, że cały czas nękają mnie obawy, jakimi my będziemy rodzicami dla naszego syna. Czy nie przeniesiemy naszych problemów na niego. Gdybym miała podejść do tego super rozsądnie, nie powinniśmy powoływać na świat żadnego dziecka, bo i ja, i mój partner jesteśmy obarczeni jakimiś problemami. Ale z drugiej strony- kto z nas nie jest? Gdybyśmy mieli do tego tak podchodzić, to ludzkość pewnie by wyginęła. Wychowanie to taka ogromna odpowiedzialność, w zasadzie powinni nas uczyć już w podstawówce jakichś podstaw z psychologii- o sposobach rozwiązywania problemów, o relacjach międzyludzkich, o tym jak radzić sobie z emocjami itp. Dlaczego szkoła pomija jedną z najważniejszych sfer w życiu człowieka? Bo czy jakikolwiek wychowawca porusza takie tematy na lekcjach wychowawczych, czy jak one się tam nazywały? Jeśli sami nie będziemy umieli racjonalnie rozwiązywać swoich problemów, to jak mamy nauczyć tego swoje dzieci?

Co jakiś czas oglądam polski albo angielski program o superniani. Czasami szczena mi opada niemal do ziemi, kiedy widzę, co te dzieciary wyrabiają i jak kompletnie bezradni są ich rodzice. Ostatnio widziałam angielski odcinek, gdzie czwórka dzieci totalnie terroryzowała matkę. Czterolatek mówił jej fuck off, wyzywał ją, dziesięciolatek się z nią niemal bił. Pół dnia albo i więcej spędzała na szarpaninach z dziećmi. I dotyczyło to najprostszych elementów codziennego dnia- ubieranie, posiłki, zawiezienie dzieci do szkoły. Nie wiem, co się dzieje z naszym pokoleniem, że pozwalamy dzieciom rządzić. Obserwuję dzieci znajomych i czasami zastanawiam się, jak ja sobie poradzę z tym słynnym buntem dwulatka, trzylatka itp. Za naszych czasów dzieciaki nie rzucały się w sklepach na podłogę, waląc w nią głową, bo rodzice nie chcieli nam kupić lizaka. Nie przypominam sobie, żebym ja ani jakikolwiek znany mi dzieciak pluł na rodziców i ich wyzywał. A nie byłam karana fizycznie, bardzo rzadko zdarzał się jakiś klaps. Po prostu nie przyszło mi do głowy podważać autorytetu rodziców. Zresztą podobnie rzecz wyglądała w szkole. Dzieciaki z wyższych klas byli dla nas jak bogowie. Pyskowanie nauczycielom zdarzało się tylko największym rozrabiakom, a jak słyszę od koleżanek nauczycielek, co się teraz wyrabia w szkołach, to tylko oczy otwieram szeroko ze zdumienia. Czy to nasi rodzice radzili sobie lepiej z wychowaniem, czy to „czasy” były inne? Nie było internetu, w telewizji zaledwie kilka programów. No, ale to chyba rodzice decydują, czy dziecko wychowa internet, gry i telewizja, czy oni sami. To rodzice powinni kształtować ich charaktery.

Moje dziecko na pewno będzie się wychowywało w nieco odbiegającej od standardów rodzinie. Obydwoje jesteśmy wegetarianami (zdrowymi! ciąża też jest wegetariańska i wbrew obawom niektórych jak na razie- odpukać- nie miałam żadnych problemów- nie mam anemii, nie łykałam żadnych zestawów dla ciężarnych) z niemal dwudziestoletnim stażem, ojciec niepijący anarchista (straight edge), ja totalna ateistka, pracująca na własny rachunek, żyjemy w związku nieformalnym. Niby teraz to nie powinno już specjalnie nikogo dziwić, ale wiem, że dla dziecka w pewnym okresie życia najważniejsze jest to, żeby być takim jak inne dzieci. Ja nie byłam nawet ochrzczona, nie chodziłam więc też na religię i pamiętam, że czułam się z tego powodu inna, wykluczona. Moi rodzice nie wytłumaczyli mi, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Ale mamy podobnych znajomych z dziećmi, więc na szczęście wiem, że jeśli z dzieckiem się rozmawia, to można ominąć ten problem. Jedni znajomi, którzy dzieci mają nieochrzczone, pozwolili chodzić córce na religię w szkole, ale równocześnie opowiadali jej o innych religiach. Dziewczynka jest bardzo inteligentna i rezolutna, więc potrafiła zażyć katechetkę. Np. wtrącała, że oprócz Jezusa jest Budda, Shiva itd. Po roku sama zdecydowała, że woli chodzić na etykę. Ja jestem tak bardzo antykościelna, że wzdragam się na samą myśl o tym, że moje dziecko ma być ochrzczone (uważam, że samo powinno o tym zdecydować, jak będzie bardziej świadome, choć z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że narzucając mu dietę wegetariańską postępuję dokładnie tak samo jak ludzie związani z jakąś religią), a wszystko wskazuje na to, że będzie, bo mój partner choć niby antykościelny, to jednak w jakiś taki pokrętny, niezbyt zrozumiały dla mnie sposób jest wierzący i chce dziecko ochrzcić. Nie mogę się temu przeciwstawić, nie mam najmniejszej ochoty w tym uczestniczyć, ale nie wyobrażam też sobie, żebym zostawiła dziecko w takiej sytuacji samo (no dobra, z ojcem i rodziną, ale jednak…).

Wiele rodzin poddaje się presji swoich rodziców, żeby dzieci ochrzcić. Niektórzy dziadkowie potrafią to nawet zrobić cichaczem wbrew woli rodziców! Wiele par bierze ślub kościelny z tych samych względów. Rodzina mojego partnera jest ultra katolicka, ale chyba nie są świadomi tego, jak bardzo ja jestem antykatolicka… Prawdopodobnie myślą, że podobnie jak on jestem wierząca, ale raczej niepraktykująca. Mam dosyć dobre relacje z jego rodzicami, jesteśmy dla siebie uprzejmi i ugrzecznieni. Ale nie wiem, czy to się nie zmieni, jak w końcu do nich dotrze, z kim mają doczynienia :twisted: ;-) Moja bliska znajoma, która dzieci nie ochrzciła mimo silnych nacisków rodziców zawsze powołuje się na mnie- że ja nie jestem ochrzczona, a jednak wyrosłam na ludzi :lol:

No i rozpisało mi się, na dodatek nie do końca na ten temat, na który chciałam pisać. Jak zwykle, chciałoby się rzec, jak zwykle…;)

Ciąża to nie choroba

0

Ciąża to nie choroba jak mawia mój mąż i gdy narzekałam na ciążący brzuch, to żartował, że sto lat temu kobiety pracowały w polu, rodziły na miedzy i zaraz wracały do pracy. Gdy dokuczała mi zgaga albo zasypiałam przy każdej okazji, uświadamiał mnie, że miliony kobiet przede mną i po mnie rodziły i rodzić będą więc w niczym wyjątkowa nie jestem. No fakt, taki nasz kobiecy los, że nosimy dzieci pod sercem, rodzimy i karmimy piersią. Tylko radość to czy przekleństwo?

Zgodzę się z tym, że ciąża to nie choroba, przynajmniej nie każda. Wydaje się, że gdy wszystko przebiega książkowo to tylko można się cieszyć zbliżającym rozwiązaniem. Ale niekoniecznie. Ciąża to może nie choroba ale jak dawniej mawiano, odmienny stan. Te wszystkie zmiany jakie zachodzą w ciele, o których piszesz mogą wydawać się błahostką, w końcu ludzie czasem bardziej cierpią, ale nie da się ukryć, że wpływają na kobietę.

Osobiście dobrze wspominam obie ciąże, nie miałam problemów ze zdrowiem, czułam się świetnie, ale jednak inaczej. Z tego co piszesz, to tobie bardziej „dokucza” ten rosnący brzuch i chciałabyś już to zakończyć. W sumie to już na finiszu jesteś i lada dzień możesz tulić syna w ramionach. Pamiętam jak pięć lat temu, przy pierwszym dziecku, nie mogłam się doczekać rozwiązania. Też było gorące lato, wszystko było przygotowane, nic tylko rodzić. Zaskakujące, że syn urodził się dokładnie w terminie a zazwyczaj pierwsze rozwiązanie bywa po wyznaczonej dacie. Ale mimo wszystko, że urodził się w terminie, dla mnie to był straszny szok i zaskoczenie. Planowane i wyczekiwane dziecko a tyle zamieszania narobiło. Może mieliśmy kupione ubranka, pieluszki i kosmetyki, mąż składał nowiutki wózek, którego zakup analizowaliśmy przez ostatnie kilka miesięcy. Jednak psychicznie nie byliśmy gotowi i śmiem twierdzić, że mało kto jest gotowy na przyjęcie pierwszego dziecka.

Przy drugim synu było już inaczej, ciąża też co prawda książkowa ale już go tak nie wyczekiwaliśmy. Perfidni rodzice, żartowali, że lepiej aby jak najdłużej w brzuchu siedział to przynajmniej jeszcze się wyśpimy i nam rewolucji w życiu nie zrobi. Gdy już wiedziałam co mnie czeka, to powtarzałam, że dziecko najgrzeczniejsze jest w brzuchu. Nie beczy, nie stęka, karmić i przewijać nie trzeba, a że czasem kopniaka w żołądek sprzeda to jeszcze można przeżyć. Grunt, że w nocy nie beczy. Tak dobrze znosiłam ciąże, że najchętniej przenosiłabym w brzuchu syna aż do przedszkola.

Ale mam też inną refleksję, nieco bardziej poważną. Pytałaś mnie niedawno czy moim dzieciom został rytm aktywności z czasu ciąży. I faktycznie są tacy jak w brzuchu, jeden słowik a drugi sowa. Starszego trudno do łóżka zapędzić a rano nawet alarm przeciwpożarowy go nie obudzi a młodszy zasypia przy kolacji i jest rześki o świcie. Tacy sami byli w brzuchu. Przy pierwszej ciąży było to trochę abstrakcyjne, ale gdy spodziewałam się drugiego syna, to coraz bardziej do mnie docierało, że mam w brzuchu człowieka. Nie płód, choć jest nim do pewnego momentu, ale noszę człowieka, który będzie miał swój charakter, swoje zwyczaje i upodobania. Na ile cenna jest ta refleksja? Otóż bardzo cenna. Bo wszędzie się spotkasz z milionem cudownych rad, jak trzeba postępować z noworodkiem, jak przewijać, czym karmić i jak wychowywać. Wiele z tych rad będzie zapewne bardzo pomocnych ale trzeba pamiętać, że to człowiek, mały, nieporadny, ale człowiek. Ma już swój charakter i może całkowicie indywidualnie reagować na świat. W końcu dla każdego rodzica jego dziecko jest wyjątkowe :lol:

 Nie będę ci teraz pisała o tym co warto spakować do porodu, bo i tak znajdziesz mnóstwo wskazówek. Ale z mojej perspektywy, czyli mamy dwójki maluchów, to masz już w brzuchu człowieka, który z każdym dniem będzie prezentował szerzej swój charakter. Ciesz się, że w brzuchu siedzi a potem, że taki malutki będzie, bo prawda jest co mawiają, że małe dzieci, to mały kłopot itd.

Ciąża to nie choroba, ale ogromna rewolucja w życiu kobiety a największe zmiany zachodzą nie w ciele i rosnącym brzuchu a w mózgu i sercu. Taka się tkliwa i refleksyjna zrobiłam, ale przeczytasz to za miesiąc i będziesz wiedziała w czym rzecz. Nie zrozumie ten kto nie rodził i nie doznał tej radości. ps. pewnie teraz chcesz mnie udusić za te tkliwe teksty, ale tak się wzruszam jak ma się nowy człowiek urodzić, myślę jaki będzie, co będzie lubił i w czym będzie dobry.

Hu hu ha…

… nasza zima zła. Jeszcze parę dni takich upałów, a zacznę za nią tęsknić. Mocno zaniedbałyśmy nasz blog. Bidny taki, opuszczony, nikt nic nie pisze, nikt nie zagląda…;) Coraz trudniej mi wysiedzieć przy kompie. Brzuch mam naprawdę wieeeelki. Jak zbyt długo siedzę, to jak wstaję boli mnie tak, jakby ktoś go w imadło włożył. A że wciąż nie wybrnęłam ze zleceń, to sobie wymyśliłam, że najpierw praca, a potem jak sił starczy ewentualnie pisanie. Jak się okazuje sił nigdy nie starcza;) Wyglądam teraz na tak bardzo ciężarną, że jednym z często powtarzanych pytań od obcych osób (np. sklepowych) jest: „Ile się jeszcze będzie pani tak męczyć?”. A ja niezmiennie odpowiadam: „Niby do końca sierpnia, ale coś czuję, że może być wcześniej”. W sumie nie wiem, czy to przeczucie, czy też niemożność wyobrażenia sobie, że to jeszcze prawie miesiąc. Z jednej strony JESZCZE, a z drugiej strony JUŻ??? Jak to już? Ło matko, przecież ja się w ogóle nie czuję na to gotowa!

Ciąża to przedziwny stan. Nigdy bym nie przypuszczała, że będzie to aż tak dziwne doświadczenie. Tyle moich znajomych było w ciąży i wszystkie jakoś tak to przechodziły, jakby to było najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Miałam kiedyś takie naiwne wyobrażenie, że jak będę w ciąży, to będę prowadzić jakiś dziennik czy coś w tym stylu, że to będzie taki cudowny stan. Że będę się tak cieszyć.  I że będę już tak bardzo kochać to maleństwo… A ja właściwie przez całą ciążę jestem zdziwiona. Widać daleko jednak odeszłam od natury, bo przede wszystkim zadziwia mnie to, że tam w środku, w tych wszystkich czerwonych, mięsistych wnętrznościach rozwija się najprawdziwsze w świecie dziecko. Wydaje mi się zupełnie abstrakcyjne, że za miesiąc o tej porze najprawdopodobniej będzie już na zewnątrz.  Czasami wzbudza to we mnie ogromną radość i tkliwość, a czasami zupełnie obezwładniające przerażenie. Że wszystko się zmieni. Czy podołam. Czy będę umiała być matką. Że trzeba było się wcześniej zdecydować, bo teraz to naprawdę ciężko będzie się przestawić, że już nie będę rządzić swoim czasem ani sobą samą. Z jednej strony wiem, że każda matka przeżywa takie rozterki i wiem, bo wszystkie matki mi to mówią, że to być może najlepsze, co mnie w życiu spotka. Mój syn. Jak to brzmi, o rany. Miałam psy, koty, świnkę morską, chomika, rybki, papużki, ale nigdy syna;)

Dopóki się nie zajdzie w ciążę, to ma się dosyć mikrą wiedzę na temat tych wszystkich zmian, które zachodzą w ciele w czasie ciąży. Miałam takie dosyć mgliste wyobrażenie- że na początku poranne mdłości (poranne, dobre sobie, ja miałam je non stop od 2 do 4 miesiąca bodajże), że pewnie jest ciężko dźwigać te kilogramy, że… właściwie na tym moja wiedza się kończyła. Nie wiem, czy to by cokolwiek zmieniło, gdybym wiedziała więcej. Czy byłoby łatwiej? Czy w ogóle można się przygotować na to, że ciało zaczyna się rządzić zupełnie innymi prawami? Na trudności z oddychaniem, bo powiększająca się macica uciska na wszystkie narządy wewnętrzne, a płuca są tak ściśnięte, że nie mogą się w pełni rozszerzać. Do tego zwiększona ilość progesteronu, który sprawia, że trudniej złapać oddech, a wejście na parę schodków staje się prawdziwym wyczynem… Koszmar przy zasypianiu, każda pozycja jest niewygodna i często nie można już się nawet przewrócić z boku na bok przez plecy, takie to jest bolesne, że trzeba to zrobić przez pozycję klęczącą… Kilkukrotne budzenie „na siku” (a potem powtórka z rozrywki przy zasypianiu). Zgaga, wzdęcia, wrażenie, że ten brzuch zaraz po prostu eksploduje, tak bardzo skóra jest napięta. Hemoroidy. Swędząca skóra na brzuchu. Skurcze przepowiadające. Żylaki. Jednym słowem ani stać, ani siedzieć, ani leżeć, ani chodzić. I do tego szalejące hormony, które sprawiają, że można płakać i śmiać się na przemian bez powodu.

Niby przez te 9 miesięcy mamy czas przygotować się na zmiany. Staram się ogarniać ten cały zaskakująco szeroki temat (dzięki wam, niebiosa, za internet i fora…), ale im więcej czytam, tym wydaje się wszystkiego więcej. Kompletuję sprzęt, ciuszki, rozważam w czym myć, czym nacierać, w czym prać, jak karmić piersią, co jeść, jaki kupić wózek, jaką chustę… Niby widzę swój ogromniasty brzuch (wczoraj stuknęło mi 10 kg dodatkowo od czasów sprzed ciąży, nie mogę sobie wyobrazić, jak kobiety przybierają 25-30 kg, jak udaje im się unieść ten cały nadbagaż…), czuję ruchy młodego (a energiczny on, oj, energiczny…), ale i tak wciąż nie dowierzam, że tam jest mały człowiek. I że ten człowiek będzie niebawem dla mnie całym światem… Czasami tak się angażuję w pracę, że zapominam trochę o tej rewolucji, która mi się szykuje. Mimo że chałupa zawalona jest coraz większą ilością szpargałów dziecięcych, to głowę wciąż mam w zleceniu. I durna, zamiast zrobić już sobie wolne, zgadzam się zrobić jeszcze to, czy tamto mimo że wciąż jeszcze nie wykaraskałam się z tego największego zlecenia, które robię już chyba więcej niż 2 miesiąc… A przecież coraz częściej mam tak, że jak siadam do komputera to mam tego tak dosyć, że niemal zaczynam zalewać się łzami (po prawdzie czasem się zalewam). Że chcę już odpocząć, że chcę już skupić się tylko na przygotowaniach, że muszę przecież przestawić się na inny tryb. Najbardziej przeraża mnie wizja, że ląduję na porodówce, zanim skończę swoją robotę. Znajomi się nabijają, że wezmę ze sobą laptopa i będę pracować między skurczami;) A potem próbują mnie przywrócić do pionu, że muszę trochę odpocząć przed porodem, trochę poleniuchować. Marzę o odpoczynku. O tym, że nie muszę nic już robić, tylko zająć się przygotowaniami na przyjście na świat malucha. A tu nawet torba do szpitala wciąż nie jest spakowana… No dobra, to wracam do pracy. Trzeba w końcu zakończyć to syzyfowe dzieło.

        Ostatnio byłam w ogromnym sklepie z zabawkami. Ogromny to jest mało powiedziane. Wszyscy przy pierwszym wejściu otwierają usta z wrażenia. Dzieci z zachwytu a rodzice z obawy o portfel. Od kilku lat regularnie bywam w takich przybytkach ale musze przyznać, że ta sieć przebiła wszystkich. Zazwyczaj bywało, że szukając dzieciom konkretnych zabawek, musiałam zrobić rundkę po kilku sklepach, aby znaleźć ten właściwy model. Oni już są w takim wieku, że określą dokładnie o czym marzą. Z jednej strony to dobre, bo odpada problem nietrafionego prezentu, z drugiej, trzeba znaleźć tą konkretnie zabawkę. W tym ogromnym sklepie taki problem odpada. Tam jest wszystko.
        Moje chłopaki wiedziały, że tym razem nie jedziemy na żadne zakupy i mogą tylko pooglądać. Do sklepu wybraliśmy się, ponieważ musieliśmy wymienić zabawki jakie dzieciaki dostały w prezencie. W weekend byli u nas chrzestni młodszego i chłopcy dostali z okazji Dnia Dziecka hulajnogi, ale okazało się, że na starszego jest jednak trochę za duża. Z wymianą nie było problemu. Nawet mogłam oszukać młodą niedoświadczoną kasjerkę na kilkaset złotych ale takie coś nie mieści mi się w moich ramach moralnych. Hulajnoga trochę ważyła więc zostawiłam ją w samochodzie i poszłam z paragonem zapytać czy możliwy jest zwrot. Otóż zwrot nie był możliwy i skrzywiłam się na tą wiadomość. Ale miła pani chciała szybko uspokoić potencjalnego nerwowego klienta i oznajmiła, że całą kwotę może mi nabić na kartę podarunkową i będę mogła ją wykorzystać w dowolnym czasie, w każdym ze sklepów sieci, na cokolwiek mi się spodoba. Tak pięknie zachwalała zalety karty podarunkowej, wyjęła mi już z ręki paragon i chciała go nabijać na kartę a ja na to, że przecież nie przyniosłam hulajnogi. Pani przybrała kolory buraka, oprzytomniała i poprosiła o okazanie zwracanego towaru. W drodze do samochodu psioczyłam pod nosem na swoją uczciwość, że trzeba było brać kartę podarunkową i wiać. Mąż za kilka dni pojechałby do innego sklepu, kupił synowi hulajnogę a tą za dużą to ja bym sobie wzięła, bo tak naprawdę to była taka rewelacyjna, że aż żal zwracać, choć jednak trochę za duża na syna. A ja to jednak taka uczciwa jestem i gówno z tego mam.
        Gdy już wymieniłam hulajnogę, cały czas towarzyszyło mi uczucie ogromnej straty, bo jednak tak lekko oddałam sprzęt, na którym sama mogłam śmigać, zamiast przejmować się utraconą premią młodej kasjerki. Na pocieszenie rzuciłam się w wir zabawek. Chłopcy przez blisko godzinę przepadli przy ekspozycji z pociągami i jeździli po torze, przez tunel, przez pola, przez las, przez góry i mosty by zdążyć na czas i wpaść do parowozowni. Mąż testował zdalnie sterowany pojazd a ja obejrzałam wszystkie przybory szkolne, instrumenty muzyczne, pluszaki, książeczki i ekspozycje z klocków dla dziewczynek, gdzie był gabinet weterynaryjny, farma oraz biwak. Z łezką w oku odchodziłam od stołu z figurkami zwierzątek, bo sama lat temu kilkadziesiąt takie zwierzątka lepiłam z plasteliny, żeby mieć taką prawdziwą farmę. Ale co zrobić, czasy się zmieniają. Ja miałam pluszowe zabawki i ciekawe układanki a moja mama tylko lalkę z gałganków. Mój syn teraz narzeka, że hulajnoga jest za duża a kilkadziesiąt lat temu dzieciaki oddałyby wszystko za taką i nie ważne, że za dużą i tak by jeździły. To już jest takie oczywiste, że nawet nie trzeba o tym wspominać.
        Coś jeszcze mnie zainteresowało w tym sklepie. Oglądałam najnowsze modele wózków, w sumie to z myślą o Tobie, aby wiedzieć co ci doradzić. Zamiast wózków, zaskoczyła mnie podłoga, która była wyłożona kostką brukową, płytami chodnikowymi, drewnem, jakimiś wybojami i jeszcze zamontowano krawężnik. Można sobie sprawdzić jak dany model sprawdza się w określonym terenie. Co prawda według mnie to chwyt marketingowy, bo taki niewielki fragment powierzchni nie jest w stanie oddać użytkowości sprzętu, jednak było to ciekawe doświadczenie. Ostatecznie stwierdziłam, że żaden wózek, nawet ten za osiem patoli, nie zdał egzaminu na wybojach, więc ostatecznie nie ma się co dołować, że nie stać nas na najdroższy model.
        U ciebie już trzeci trymestr, zapewne zaczyna się kompletowanie wyprawki. Ciuszków trochę już odziedziczyłaś po moich łobuziakach, jednak jeszcze czekają cię zakupy i to pewnie nie małe. Jedyna moja rada to nie dać się zwariować. A jak o czymś mówią czy piszą, że to jest absolutne must have tego sezonu, to omijaj szerokim łukiem. Przy pierwszym dziecku przerobiłam różne podgrzewacze, wymyślne łyżeczki, miseczki na przyssawkach, krzesełka do karmienia, krzesełka do kąpieli, gryzaki przy ząbkowaniu a ostatecznie najprostsze i najtańsze sposoby były najskuteczniejsze. Ale to osobny temat.

Re: W cudzej skórze

3

 Oj, tak, wszystkie codzienne, prozaiczne czynności stają się teraz coraz trudniejsze.  Mój niezbyt empatyczny partner nie potrafi się wczuć w moją sytuację, chętnie bym mu sprawiła taki brzuszek;)  Trzeba mu wszystko tłumaczyć jak dziecku. Jak mu powiedziałam, że musi częściej myć teraz naczynia to oczywiście nie rozumiał, dlaczego mam z tym problem, dopóki mu nie wyjaśniłam. Ale i wtedy podał za przykład takich właśnie brzuszkowatych panów, że jak oni sobie radzą. A przecież oni mają miękkie brzuszki, mogą je sobie swobodnie przyciskać, nikogo w środku nie zgniotą. Zawsze byłam dosyć elastyczna (przypuszczam, że to za sprawą akrobatyki, na którą chodziłam przez rok jako dziecko, a potem przez lata tańczyłam w zespole), więc strasznie trudno mi teraz pamiętać, że trzeba się ograniczać. Schylanie do wiązania butów, ba, w ogóle schylanie po cokolwiek to teraz wyzwanie.  A ja zupełnie nieprzepisowo ciągle schylam się tak, jakbym nie była w ciąży. Powinnam kucnąć. Zaczynam mieć też problem z wychodzeniem spod prysznica. Tzn. wyjść wyjdę, ale mam swój system wycierania się zanim wyjdę, który teraz zaczyna być dosyć karkołomnym wyczynem, bo wymaga ode mnie stania na jednej nodze. Trzeba będzie więc opracować inną metodę;) Jak idę do sklepu to zawsze się zapominam, kupuję za dużo, a potem to dźwigam. Spanie- ha, teraz zanim zasnę to wiercę się przez x czasu, zanim zmęczona po prostu zasnę we wciąż niewygodnej pozycji. Panuje pogląd, że najlepiej w ciąży spać na lewym boku, a mi na lewym boku, szczególnie teraz, leży się najgorzej. Najlepiej na plecach, co z kolei ponoć może być niebezpieczne dla dziecka. Ale nie mam wyboru, koniec końców na ogół zasypiam na wznak. Zawsze spałam na płaskiej poduszce, teraz na wyższej- właśnie przez wzgląd na dziecko. Początkowo trudno mi było się do tego przyzwyczaić. No i często w tej pozycji mam problem z oddychaniem, bo maluch chyba przygniata mi wtedy przeponę. Z oddychaniem w ogóle jest osobna historia, zdarzają się takie momenty, że naprawdę ciężko jest złapać głębszy oddech. Dzisiaj tak mam, czuję się jakbym brała tylko połowę oddechu, jakby coś mi go blokowało. I tu znowu mogę zrobić przytyk do mojego mało empatycznego partnera, bo szlag mnie trafia, jak pyta się zirytowany co tak sapię (często powtarzam mu, że chciałabym, żeby choć przez jeden dzień pochodził sobie z takim brzuchem). Niby ciąża nie choroba, a jednak gdyby ktoś cierpiał na różne przypadłości typowo ciążowe, to byłby traktowany jak chory. Niestety jako świeża biznesswoman nie mogę też sobie pozwolić na przerwę w pracy. Przez długi czas pracowałam na łóżku, z laptopem na stoliku. Ale teraz jak brzuch jest coraz większy, staje się to coraz trudniejsze, więc od paru dni pracuję w kuchni, na stole kuchennym, pod którym mogę daleko wyciągnąć nogi opierając je na taborecie.  Ale już po godzinie brzuch wydaje się zanadto ściśnięty i zaczyna się ból kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Dobrze, że mam psa, z którym po prostu MUSZĘ wychodzić. Dzięki temu trochę się ruszam i staram głębiej oddychać podczas tych spacerów.

Jednym słowem ten pomysł dla studentów architektury jest świetny. Chyba nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić trudności jaki mają osoby niepełnosprawne, jeśli sam nie ma takich problemów. Ja sama nie miałam pojęcia o tych ograniczeniach wynikających z rosnącej ciąży, dopóki sama nie zaczęłam przez to przechodzić.

Dzisiaj rano było piękne słońce, więc już się ucieszyłam, że w końcu, hura, słońce, nawet pranie wywiesiłam na balkonie. A tu już nadciągają chmury i się robi średnio przyjemnie. Ostatnio trochę mi się przestawił rytm dnia, pracuję długo wieczorem, a potem rano nie mogę wstać. A jak już wstanę, to brakuje mi powera do działania. Staram się pilnować, żeby jeść różnorodnie, ale i tak cały czas nęka mnie obawa, czy aby na pewno dostarczam młodemu wszystkiego, co potrzebuje. Na pierwsze śniadanie przygotowuję sobie kanapki z serem żółtym (wapń), pomidorem (potas), rzodkiewką, natką pietruszki (wit.C, dzięki której żelazo lepiej się przyswaja) i koperkiem. A pod ser, na masło sypię mielone siemię lniane (kwasy omega), popping z amarantusa (żelazo, białko) i zarodki pszenne (wit. z grupy B, błonnik, potas, fosfor). Do tego zielona herbata. Na drugie śniadanie z kolei kasza jaglana (krzemionka) z jabłkiem (błonnik, witaminy), żurawiną (na układ moczowy), orzechami (kwasy tłuszczowe, wit. E), rodzynkami, sezamem (wapń), otrębami owsianymi (błonnik, fosfor, żelazo, magnez) i do tego jak są jakieś inne owoce, również domowe przetwory ze słoiczka (wczoraj i dziś truskawki w zalewie, dzieło mamy lubego). Obiady to jak wiadomo różne, na dziś mam jeszcze resztkę zupy koperkowej, ale chyba dorobię do niej niezbyt zdrowe naleśniki z serem;) Im dalej do wieczora tym bardziej rozluźniam swój rezim żywieniowy i strasznie mnie to deprymuje. Zdarzają się słodkości sklepowe, albo biała buła z dżemem… Kolacja już lżejsza, jakieś kanapki z serem białym, niekoniecznie okraszone już taką ilością posypek i warzyw. Zależy jak mam ochotę. Niestety zdaje się, że weszłam już w fazę wzmożonego głodu, bo przed obiadem zdarza się i trzecie śniadanie… Z tego co czytałam na twoim blogu, ty bardziej kombinujesz ze śniadaniami. Omlety, faszerowane jajka, no, no:) I zrobiłaś mi smaka na oscypka…;P

 

W cudzej skórze

3
Śmieszne te perypetie z imionami. Zobaczymy na czym stanie. Może gdy już ujrzycie synka, to pojawi się zupełnie nowy pomysł. Choć Nataniel brzmi ładnie, ale nie da się ukryć, że Natanek kojarzy się z tym kontrowersyjnym księdzem. Jednak gdyby tak patrzeć, to każde imię może się z czymś kojarzyć.
Pisałaś ostatnio, że brzuch ci przeszkadza przy myciu naczyń i musisz stać bokiem do zlewu. Skłoniło mnie to pewnej refleksji. Całkiem niedawno też byłam w ciąży i aż dziwne, że tak szybko zapomniałam jak to było. Nie mam tu na myśli jakiś dolegliwości ciążowych, gdyż obie ciąże przechodziłam rewelacyjnie. Jednak nie da się ukryć, że zaokrąglony brzuszek zmienia codzienne czynności. Choćby takie mycie naczyń. Z moich wspomnień udręką było w ostatnim trymestrze zakładanie kozaków oraz obcinanie paznokci u stóp. Musiałam też znaleźć nowy sposób na spanie, bo uwielbiam na brzuchu. Wszystko to nie było uciążliwe i nie chcę narzekać, tylko zastanawia mnie to jak człowiek szybko zapomina jakie miał ograniczenia a co dopiero wyobrazić sobie co może czuć inna osoba, gdy my jesteśmy młodzi i zgrabni.
Słyszałam niedawno reklamę targów dla przyszłych mam i atrakcją miała być możliwość przymierzenia brzuszków przez przyszłych ojców. Wymyślono specjalne wdzianko, w które może wskoczyć sprawca krągłego brzuszka i na własnej skórze poczuć jak się czuje ciężarna. Już widzę te miny przyszłych mam i komentarze: a widzisz, widzisz jak to jest i schyl się teraz, no spróbuj. Mój mąż to akurat wie jak to jest, bo dysponuje krągłym brzuszkiem, jakim mogłaby się pochwalić niejedna biedroneczka. Pamiętam jak kiedyś podczas rutynowych badań, lekarz zapytał męża o tryb życia, aby podał największy wysiłek w ciągu dnia. Mąż po głębokim zastanowieniu stwierdził, że nic nie jest takim wysiłkiem jak wkładanie butów. Lekarz pytał co prawda o aktywność fizyczną, jednak ten brzuch wówczas był dla męża najbardziej istotny. Pamiętam jak mi to wtedy opowiadał, to pękałam ze śmiechu, a on się oburzał, że zobaczę jak będę w ciąży to on się wtedy będzie nabijał. No i musze przyznać, że miał rację.
Czytałam o nowym projekcie w którym uczestniczą studenci architektury. Zostali ubrani we wdzianka imitujące problemy starszych osób. Był to specjalny kombinezon, ograniczający ruchy, udając zastoje w stawach, zatyczki do uszu i specjalne okulary. Tak wystrojonych studentów wysłano w miasto na spacer, aby zobaczyli jak czuje się starszy człowiek w ruchu miejskim. Byli bardzo zaskoczeni, że prozaiczne sprawy, jak złapanie barierki przy schodach sprawiały im tyle trudności. W ramach innego projektu studenci mieli jeździć po mieście na wózkach inwalidzki aby w przyszłości projektować przestrzeń bez barier. Do niedawna spacerowałam z chłopcami wózkiem bliźniaczym, który był ciężki i niewygodny, bo siedziało w nim dwóch wiercących się urwisów. Czasem spacer był dla mnie większym wysiłkiem niż godzina fitnesu. Wówczas rozumiałam ograniczenia z jakimi spotykają się niepełnosprawni. Tylko moi chłopcy już wyrośli z wózka na co niestety nie mogą liczyć inwalidzi.
Te pomysły z wdziankami, choć brzmią zabawnie, są bardzo pożyteczne. Bo skoro projektując nowy budynek można uwzględnić potrzeby różnych osób, to lepiej żeby się wtedy architekci nie mylili. Niech pospacerują przygarbieni po schodach albo pojeżdżą wózkiem po ulicach. Łatwiej im przyjdzie projektowanie, bo nic tak nie wzbudza wyobraźni jak własne doświadczenie. Byłam kiedyś w specjalnym pokoiku dla rodziców, gdzie wszystkie meble i sprzęty były ogromne. To taki świat oczami małego dziecka. Niesamowite doświadczenie. Zwykła kanapa była wyzwaniem, a pamiętam jak moje chłopaki z uporem maniaka ćwiczyli wdrapywanie się na meble. Tylko ich nie ograniczały zastoje w stawach a raczej mieli jakiś motorek w pupkach.

Trzeba biec, trzeba gnać…

1

 

Moja mama słuchała kiedyś piosenek z Piwnicy pod baranami, przypomina mi się co jakiś czas jej fragment- „trzeba biec, trzeba gnać, gonić ten czas…”. A przynajmniej tak go pamiętam;)  Przypomniał mi się i dzisiaj. Przeczytałam wpis na twoim blogu i twojego maila. I już miałam biec i gnać do mojej roboty (czyli w moim przypadku przejść z przeglądarki internetowej do programu graficznego;)), kiedy powiedziałam sobie: o nie, stopujemy. Czas się zatrzymać.  Jak wiesz dostałam ostatnio zlecenie, które wydawało się, że jednak będzie robić kto inny. Ale że ten ktoś nie do końca sobie radził z pewnymi tematami, to klient wrócił do mnie i ja je robię. Tylko że przez tą zmianę mają już spore opóźnienie, bo płacą programiście za każdy jego dzień, nawet jak nie ma pracy (taka niejako płatna rezerwacja jego czasu). A nie miał przez ostatni tydzień, bo ja dopiero produkowałam swoją część. Więc oni mnie gonili, ja gnałam jak szalona. A poprzedni tydzień obfitował w różne wydarzenia (np. musiałam załatwić formalności z załatwieniem firmy, musiałam wymienić tylną szybę w samochodzie, którą to w nocy prawdopodobnie jakiś debil czymś walnął, przetransportować się z klamotami do mojego lubego, bo mama wróciła już ze swojego wczasowania), więc nie do końca mogłam poświęcić tej pracy tyle, ile powinnam. Cały weekend zasuwałam niemal  od rana do wieczora, co okazuje się coraz trudniejsze, kiedy brzuch rośnie i rośnie… Dlatego teraz na chwilę pauzuję.

Podczytuję twojego bloga i kilkakrotnie miałam się tu odnieść do pewnych poruszonych przez ciebie kwestii. No, ale właśnie- ciągle „nie było czasu”. Doprawdy, bez przesady. Dosyć tego gnania. Dzisiaj pewnie zbyt wiele nie napiszę, ale lepiej robić choć krótkie wpisy niż zamilknąć na cały miesiąc. Albo i dłużej. Wyobraź sobie, że zaczęłam 7 miesiąc ciąży! To dopiero kilka dni początku tego 7 miesiąca, ale jak to brzmi;) Aż trudno uwierzyć. Moje dziecię rośnie w siłę. Jak wiesz ostatnie badania usg wykazało, że w ciągu miesiąca maluch przybrał 600g. Gdzieś kiedyś czytałam, że ponoć te dzieciaki przybierają na wadze tak trochę skokowo. Coś w tym musi być, bo czasami budzę się po nocy i ten brzuch wydaje się większy, wyrasta przede mną nagle, całkiem jak grzyb po deszczu;) Tak więc póki co moje małe wewnętrzne chłopię rośnie sobie przykładnie. Lekarz powiedział, że jak będzie przybierał w takim tempie, to do porodu może osiągnąć ponad 4 kg… A przecież jest to chłopię wegetariańskie. Pisałaś ostatnio o wegetarianizmie, chciałabym do tego wrócić, ale to może już nie dziś- dobrze wiemy, że to temat rzeka;)

Dzisiaj będzie o imieniu. Ileż to problemów jest z wyborem imienia dla dziecka. Szczególnie, jeśli tatuś i mamusia mają zupełnie odmienne zdanie w tej materii. Tatuś specjalizuje się w jakichś wymyślnych imionach rodem z Biblii. Zaczął od Samaela (ja na to: zgłupiałeś??? chcesz nazwać dziecko imieniem tego stwora w Hell Boya??? a on mi na to, jakby to wiele zmieniało, że to imię oznacza anioł śmierci… O matko, z kim ja spłodziłam to biedne dziecię…;)), przeszedł przez Gabriela, Natanaela, Xawerego, Ziewmowita (w czym nieoczekiwanie znalazł poplecznika w postaci mojej mamy, która jak się okazało chciała tak nazwać mojego brata), Bożydara (taaa, ja ateistka od urodzenia, nieochrzczona, nazwę swoje dziecko Darem od Boga…) a najdłużej upierał się przy Arielu. I nijak nie można mu było przemówić do rozumu, że Ariel kojarzy się wszystkich z proszkiem do prania. Szydziłam z niego, że jak urodzi się nam później dziewczynka, to nazwiemy ją Dosia. Znajomi ironizowali- no, ale dlaczego Ariel, a nie np. Persil? Albo- no, ale dlaczego Ariel? to już nie lepiej Ludwik, takie bardziej polskie, a nadal pozostanie w kręgu środków czystości:D Ja po cichu nazwałam już malucha Igorem, zwanym w skrócie Igi, bo chciałam się do niego zwracać jakoś bardziej osobowo. Ale Igorowi stanowczo przeciwstawił się tatuś. Tak więc znaleźliśmy się w impasie. Jedyne imię, które w miarę się nam wspólnie podobało, czyli Adrian okazało się niemożliwe do wykorzystania, bo tak został nazwany zmarły w wysokiej ciąży synek jego siostry.  Już myślałam, że nie znajdziemy żadnego imienia, które choć trochę będzie się nam wspólnie podobało, aż tu pewnego poranka podczas spaceru z psem po lesie pomyślałam sobie: A może Nataniel? Napisałam szybko smsa do lubego, co o tym sądzi, on mi odpisał, że dawno już o nim mówił (aha, ale  wersji Natanael, to jednak niebo a ziemia). Moja mama się zachwyciła („O tak, będę mówiła na niego Natalek!:, ja na to, że już chyba prędzej Natanek, co okazało się dość niefortunnym posunięciem, bo zapomniałam, że tak ma na nazwisko pewien kontrowersyjny ksiądz… Ale mama już nie mówi inaczej o małym), a ja próbuję się przyzwyczaić do brzmienia tego imienia. No bo jest trochę udziwnione, jakby nie patrzeć. Czasami wciąż wyrywa mi się i myślę o nim bardziej jako o Igim niż Natanie. Ale może przeforsuję Igora na drugie, więc w razie czego będę mogła go tak nazywać;). Dla rodziny imię brzmi dziwacznie. Moja babcia: A co to za imię? Jest w ogóle takie imię??? Siostra lubego: Co to znowu za imię wymyśliłeś?! Moja ciotka: Jak??? A najzabawniejsze, że jeśli mój syn rzeczywiście zostanie Natanielem, to będzie poniekąd takim zamiennikiem Bożydara, bo imię to wywodzi się hebrajskiego i oznacza „dany od Boga”…  :)

 

   Zastanawiałaś się jak będzie z tym czytaniem, gdy urodzi się dziecko i czy na przykład podczas karmienia będziesz mogła zatonąć w lekturze. Otóż według mnie będziesz mogła a nawet jest to wskazane. Bo karmienie piersią ma być miłe dla dziecka i matki, więc można robić rzeczy, które relaksują. Co prawda mówi się wiele, aby nie czytać przy jedzeniu, ale na początku nie grozi ci, że mały się wciągnie w lekturę i zapomni o ssaniu. No chyba, że będziesz karmiła tak długo jak ja, to jest szansa, że przy okazji jedzenia zacznie poznawać literki.

        Na początku raczej nie będzie ci w głowie czytanie przy karmieniu, bo będziecie się razem uczyć najlepszej techniki i siebie na wzajem. Dla każdego z was to będzie nowe doświadczenie i trzeba trochę popracować nad wynikami. Jeśli jesteś przekonana do karmienia piersią to bardzo dobrze, sama również polecam. Pierwszego syna prawie od początku karmiłam butelką. Miałam sporo perypetii z pokarmem, możesz o tym poczytać tutaj:
Natomiast drugiego syna karmiłam wyłącznie piersią i to prawie trzy lata. Z perspektywy czasu karmienie naturalne było wygodniejsze. Zapewne słyszałaś o wszystkich zaletach dla zdrowia dziecka oraz dla zdrowia i figury matki, więc nie będę się tu rozpisywać. Jako argument na tak dodam jeszcze, że mój młodszy ostatnio powiedział mi najcenniejszy komplement. Kika miesięcy temu z żalem pożegnał się z piersią a ostatnio zamyślił się gdy sączył kakauko i powiedział z rozmarzeniem: Mamo, mleczko z „tutusia” jest najpysniejsze na świecie, nie ma nic tak pysnego, nawet kakauko nie jest tak pysne. No kupił mnie tym całą, byłam prawie gotowa przystawić go do piersi, jednak zdrowy rozsądek wziął górę. „Tutusie” już puste, więc pozostało mu tylko mleko krowie, ewentualnie z dodatkami smakowymi. Ale wracając do rzeczy, to jego uwielbienie oznacza, że dzieciom matczyne mleko bardzo smakuje. Choć mojemu starszemu nie smakowało, ale on w pierwszych godzinach życia poznał smak sztucznej mieszanki i już tylko jej był wierny. Efekt tego prawdopodobnie jest też taki, że młodszy jest otwarty na nowe smaki a starszy, butelkowy, z dużą rezerwą próbuje nowych potraw.
        Jeśli będziesz przekonana do karmienia, to nie zrażaj się jak coś nie będzie szło tak jak należy od samego początku. O sposobach przystawiania dowiesz się w szkole rodzenia. Ze swojej strony chcę dodać coś o czym sama nigdzie nie czytałam, a dowiedziałam się o tym od mojej położnej. Powiedziała mi coś bardzo cennego, co się rewelacyjnie sprawdzało, przez cały okres karmienia, czyli dość długo. Należy całkowicie zaufać naturze, zdolnościom twojego organizmu i dziecku. Wiele kobiet obawia się w różnych momentach karmienia, że ma za mało pokarmu, że dziecko za często się budzi na jedzenie, albo za rzadko chce jeść, że je łapczywie, albo po chwili odwraca głowę. Otóż to wszystko jest normalne. Dziecko też człowiek i czasem ma ochotę jeść więcej a raz mniej. Gdy mały rośnie, zaczyna interesować się światem, często krócej je, zaczyna go rozpraszać otoczenie. Wiele mam wtedy się martwi i upatruje winy w sobie, że może mleko nie takie. Ale ono zawsze jest takie jak należy. To najlepszy pokarm dla dziecka, które jest ssakiem i powinno ssać matkę a nie pić sztuczną mieszankę. Jeśli kobieta nie ma barier przed karmieniem, warto zaufać naturze. Organizm matki potrzebuje zazwyczaj około dwóch dób na dostosowanie się do potrzeb dziecka. Jeśli dziecko chce jeść mniej a pokarm zalega, można odciągnąć i zamrozić, bo pewnie się przyda. Trzeba obserwować małego, bo może jakaś infekcja się szykuje, a może po prostu nie chce mu się tyle jeść. Po dwóch dniach piersi dostosują się i wyprodukują mniej. Tak samo w drugą stronę. Tego zazwyczaj obawiają się mamy, czy nie mają za mało pokarmu. Nawet jeśli mają w tym konkretnym momencie trochę mniej, mały ssak drze się o żarcie a w cycach pusto, to ja bym przeczekała przynajmniej dobę zanim dałabym sztuczną mieszankę. Ostatecznie dałabym to co wcześniej zamroziłam. To jest częsta sytuacja, że dziecko rośnie i ma większe potrzeby a cyce nie nadążają. Ale jak im dasz szansę, to szybko się dostosują. Kwestia przetrzymania jednego, góra dwóch dni. Zazwyczaj kończy się to częstszym przystawianiem i jedną mniej wyspaną nocą, a potem już jest z górki. Sama ufałam swojemu organizmowi i młodszy syn ani razu nie pił sztucznego mleka. Co prawda on nie chciał więc musiałam wykorzystywać tylko naturalne rozwiązania.
        Najgorszy moment związany z karmieniem to wtedy, gdy syn mnie ugryzł. Najgorsze było to, że byliśmy wtedy w gościach, nie chciałam aby budził cały dom w nocy a jednocześnie sama cierpiałam. On się domagał tutusia a piersi paliły. Być może w domu zniosłabym płacz, choć zazwyczaj ulegam, bo nie cierpię płaczu, ale na wyjeździe był dodatkowy bodziec w postaci domu pełnego rodziny. Z natury nie lubię sprawiać kłopotów, więc cierpiałam. Kupiłam wtedy maść, którą poleciła mi koleżanka. Dałam ci ostatnio jej próbkę. Maść jest dość trudno dostępna, droższa niż inne ale warta swej ceny. Nawet ją zareklamuję, nazywa się PureLan1000. Polecam każdej mamie cierpiącej na bolesne brodawki.
        A wracając do czytania przy karmieniu. Jak już się zgracie, znajdziesz najwygodniejszą pozycję i poczujesz, że możesz karmić przez sen, to przyjdzie czas na czytanie. Rozłożysz się wygodnie, mały sie uspokoi i będziesz miała czas dla siebie. Bo karmiąca mama jest nie do ruszenia. Bo kto by przeszkadzał dziecku przy jedzeniu? A potem przyjdzie taki dzień, że pomyślisz sobie, że skoro już leżysz i laptop jest pod ręką to może dokończysz tą grafikę… Powiem tak, dla mnie karmienie to banał, mogłabym to robić w różnych sytuacjach, a otoczenie nawet by się nie połapało, mogłabym robić kilka rzeczy jednocześnie i tylko mąż żartował, że blisko mi do jakiejś Indianki. Szczerze mówiąc często byłoby wygodniej z chustą, ale było minęło. Przy trzecim będzie i karmienie i chusta.
        Podsumowując, przewagą karmienia sztucznego jest to, że mąż też mógł aktywnie karmić. Nie byłam uwiązana przy dziecku, od pierwszych dni mogłam małego zostawić z tatą lub babcią. Jednak oceniając samo karmienie, to naturalne jest dużo wygodniejsze. Co prawda wymaga zaangażowania mamy, większość opieki nad dzieckiem spada na matkę. Jednak samo karmienie jest wygodniejsze, nie ma wyparzania, mieszania, mycia. A najważniejsze, to uczucie kiedy dziecko łapczywie je, wpatruje się w twoje oczy, trzyma cię za palec jest bezcenne. Nie mogę powiedzieć, że mam mniejszą więź z synem wykarmionym butelką, bo też się we mnie wpatrywał gdy jadł z butelki. Jednak cieszę się, że doznałam czegoś takiego jak karmienie piersią. Polecam je.